Nie szukaj przygody - znajdzie Cię sama!



Nie szukaj przygody - znajdzie Cie sama!  Czyli jak przejść 52 km w 1 dzień :) 



Tak się akurat złożyło, że moje 2 pierwsze dni wolne w pracy, które przypadają raz na tydzień miałam spędzić z Polly : )

Jako pierwszy day off postanowiłyśmy wybrać się do Providence – stolicy stanu w którym mieszkamy( Rhode Island) , oddalonej od naszej miejscowości o około 47 km.


Providence to stolica, która słynie nie tylko z Uniwersytetu Brown, ale także jako miejsce największych parad homoseksualistów. Wskaźnik odnotowanych związków gejów i lesbijek jest 75% wyższy od średniej krajowej. Providence został wymieniony jako "Best Lesbian Places to Live".[źródło:Wikipedia]

 Z campu wyruszyłyśmy tuż po śniadaniu, zadowolone nosząc nasze stroje dla staffu, że możemy w końcu założyć sukienki. Damy jadą do stolicy!

Z naszego campu do najbliższego przystanku autobusowego jest około 1,5h pieszo. Znowu doświadczyłyśmy dużej otwartości ze strony Amerykanów, którzy pomogli nam wskazać przystanek, z którego odjeżdżał autobus linii 66 prosto do Providence.

W autobusie normalnością jest, że kierowca zawsze zapyta co tam u Ciebie, jak mija dzień i życzy miłej podróży.  


Do Providence jechałyśmy około godzinki i pierwsze co przywitało nas w tym mieście to wysokie wieżowce przy dworcu Kennedy Plaza, przedsmak Bostonu czy NY. Na razie stopniujemy sobie wrażenia!




Do zwiedzania miasta wykorzystałyśmy aplikację maps.me, którą szczerze polecam wszystkim, którzy planują wybrać się na zwiedzanie, a niekoniecznie za granicą dysponuje internetem  w telefonie. Ta  aplikacja tego nie potrzebuje! Wystarczy ściągnąć mapkę danego miasta bądź regionu, które nas interesuje i możemy posługiwać się gps offline. Genialna sprawa! 

Naszym pierwszym celem do odwiedzenia był Brown University. Nie ciężko było tam trafić, gdyż wszyscy spotkani przez nas na ulicy studenci, akurat zmierzali w to miejsce:





Dlaczego? Chyba mamy szczęście, bo na Uniwersytecie Browna był akurat dzień otwarty! Właśnie rozpoczynały się kursy letnie, studenci przyjeżdżali ze swoimi rodzicami, a my wtopiłyśmy się w tłum i byłyśmy prawie jak studentki tego Uniwersytetu. No może tylko nam się tak wydawało… ; )

Teren Uniwersytetu jest dość rozległy, ale udało nam się odwiedzić nawet parę budynków wewnątrz i zwiedzić salę jak np. ta poniżej:



Kolejny punkt to State House of Rhode Island,Kapitol:



 Przechodząc z Kapitolu do centrum miasta zauważyłyśmy w pewnym miejscu wiele dziecięcych malowideł umieszczonych na kafelkach, wszystkie dotyczyły pokoju na świecie. Okazało się, że to miejsce upamiętniające wydarzenia z 11 września. 



Następnie wybrałyśmy się do shopping mall, które jest głównym punktem miasta. Tak się złożyło, że podczas naszego day off Amerykanie świętowali akurat Dzień Ojca. Taak, wyobraźcie sobie gdzie amerykańskie dzieci zabierają swoich rodziców, oczywiście do.. fast foodów! 



Po lunchu postanowiłyśmy spalić co nieco nasze jedzonko i wybrać się do Parku Williams’a Rogera, który jest oddalony od centrum o około 6km.

Aby tam dojść musiałyśmy przejść przez dzielnice latynoamerykańską, podobną do nowojorskiego Bronx, ale ja nazwałabym ją… istnym Meksykiem!

To był kompletnie inny świat, w centrum Providence dzielnica finansowa, drapacze chmur, a w ‘bronx’… latynoska muzyka na ulicy, praktycznie w każdym przejeżdżającym samochodzie czy  w salonie fryzjerskim . Zastanawiałyśmy się jak to możliwe, że mieszkańcy tam jeszcze nie ogłuchli bo słuchają jej bardzo, ale to BARDZO głośno, tak że aż pomyliłyśmy klub taneczny z salonem fryzjerskim. Dzielnica żyje muzyką.  Rodzinki siedzą przed domem, śpiewają po hiszpańsku i grają na instrumentach. Przechodząc koło jednego domu byłyśmy praktycznie przekonane, że przed wejściem siedzi Morgan Freeman i jego rodzina. Daje słowo, autentycznie, koleś wyglądał identycznie!

Myślałam, że w tej dzielnicy już nic mnie bardziej nie zdziwi, ale potem zobaczyłam buty ‘jordany’ wiszące na liniach wysokiego napięcia..
Wydaje mi się, że na to nie potrzeba więcej słów;d




A może potrzebujesz komody? Spoko, czeka na Ciebie na ulicy, zupełnie za darmo ‘Free Stuff’ ; )



Po dotarciu do Roger Williams Parku, musiałyśmy uczcić nasz day off i trochę polactwo cebulactwo, ale piweczko w parku smakuje najlepiej! ; )
Przysiadłyśmy sobie na ławeczce i obserwowałyśmy Amerykanów, co ciekawe znowu dali oni nam dowód na swoje lenistwo – nie parkują swoich samochodów przed parkiem, ale podjeżdżają praktycznie pod same jezioro, a w parku znajdują się asfaltowe drogi. Trudno się dziwić, że są tacy grubi, nie mają nawet kiedy spalić tych ogromnych ilości kalorii. 



Park był naszym ostatnim punktem wycieczki, wróciłyśmy do centrum i na Kennedy Plaza czekałyśmy na nasz autobus powrotny. Tutaj nie koniec przygody, a właściwie adrenalina i dodatkowe wyzwanka dopiero przed nami.. ( jeszcze o tym nie wiedziałyśmy! )

Zadowolone siedząc w ostatnim autobusie do Wakefield (naszej miejscowości), zmęczone całodziennym chodzeniem, ale bardzo zadowolone nagle zatrzymujemy się na innej stacji niż nasza, a kierowca informuje nas, że to ostatni przystanek… Co? Jak to!? Nie mając pojęcia gdzie jesteśmy musiałyśmy wysiąść, okazało się, że jest to wgl inna miejscowość – Kingstown, a autobus nie jedzie już do Wakefield. Oczywiście robiąc cały dzień zdjęcia nasze telefony wskazywały krytyczny stan baterii, a na dworze było już ciemno, 21:30 na zegarku. 


Spoko, po pierwsze bez paniki!  Wytrawne z nas autostopowiczki więc przygotowane zawsze na najgorsze zaczęłyśmy od razu działać, action-orientation! Jak sprawdzić gdzie jesteśmy bez dostępu do Internetu? Oczywiście maps.me! Ta aplikacja uratowała nam życie, sprawdziła nam trasę powrotną na camp, jedynym minusem było to, że prowadziła prosto w ciemny las. No ale co z tego, my nie damy rady?  Co ciekawe Amerykanie są tacy pomocni i otwarci, ale nikogo nie zdziwił fakt, że przejeżdżając  ciemną drogą nagle widzi jakieś 2 dziewczyny w sukienkach zmierzające przed siebie, bez latarek, które widać, że się zgubiły. Nikt się nie zatrzymał i nie zapytał co tutaj robimy i czy może nam pomóc. Nawet kiedy podeszłyśmy do jednego domku bo zgubiłyśmy drogę i Polly zastukała w szybę, pan siedzący w środku tylko odwrócił wzrok. Wiec wędrowałyśmy dalej. 


Nie mając latarek i mając rozładowane telefony kiedy nie widziałyśmy, którą wybrać drogę robiłam zdjęcie z flashem aparatem i potem oglądałyśmy te zdjęcia na wyświetlaczu dowiadując się co to za skręt ;d

W plecaku miałyśmy już tylko ciastka, woda już dawno się skończyła  więc pocieszałyśmy się śpiewając piosenki ;D

Tak wyglądała nasza droga ;)

Taaak się cieszyłyśmy na końcu :)

i tak cały czas byle tylko do przodu, aż po 3h, o 00:30  dotarłyśmy do naszego celu! Co to była za radość i duma <3 To chyba tylko dzięki naszej determinacji i zbierającej się w nas adrenalinie. 
52km pieszo - done! ; )

---
Kolejnym naszym wypadem podczas dnia wolnego był wyjazd do Newport, największego miasteczka portowego w naszym stanie. Tym razem obyło się  na szczęście bez ponadprogramowych przygód, wszystko było tak jak zaplanowałyśmy.

No może jedynie zauważyłyśmy, że osoby, które jeżdzą autobusami w tym stanie to margines społeczny. Pani siedząca koło mnie i mówiąca sama do siebie, bądź inna o wzroku mordercy, a oddechu doświadczonego alkoholika świetnie to potwierdziły.

W Newport byłyśmy zobligowane do spróbowania owoców morza, my wybrałyśmy OYSTERS, a więc ostrygi, jednak z mojej strony znajomość skończyła się z nimi po pierwszym spotkaniu ;d #niepreferuje


Wybrałyśmy się także na wyspę o dźwięcznej nazwie Goat Island, zwiedziłyśmy port i… zjadłyśmy jedne z najlepszych lodów w USA od Benniego & Jerry's! Jako #iceacream addicted uwielbiam te lody!








Widok na Goat Island



Tym razem nauczone po ostatnim wypadzie wróciłyśmy na spokojnie wcześniejszym autobusem :  )

Share this:

CONVERSATION

0 komentarze:

Prześlij komentarz