Impossible is fun czyli każdy dzień w USA to nowa przygoda!


Siemanko! ; )

Mieliśmy okazję przeczytać relację Klaudii i Majki, teraz czas na parę słów od Agi!
Pijąc amerykańską kawke:)
 
Jestem w Ameryce już dokładnie 2 tygodnie, a nawet nie wiem kiedy tak szybko zleciał  czas. Każdy dzień niesie ze sobą nowe doświadczenia i nie ma nawet 5 minut na nudę! Ale zaczynając od początku... jak w ogólnie znalazłam się na campie w USA, gdzie jestem i czym się zajmuje?

Mój lot w przeciwieństwie do dziewczyn nie był do Nowego Jorku, ale z Warszawy przez Amsterdam przyleciałam do Bostonu. Muszę powiedzieć, że pokochałam latać liniami transatlantyckimi, czułam się jak królowa! Pyszne jedzenie, picie, kocyk, stewardessy na zawołanie, filmy i seriale do oglądania – no latać, nie umierać! ; )
Zobaczcie sami:
Filmik Wiktora Bednarza, polecam subskrybować!;) 

Do tego pozdrawiam świetną ekipę z lotniska w Warszawie,kamerę Wiktora i Anie – AIESECer zawsze spotka innego AIESECera! <3



 Jestem w Bostonie!!! :)
Po przylocie do Bostonu musiałam rozdzielić się z grupką poznanych Polaków, i poczekać na Anglików,  którzy tak jak i ja mieli jechać prosto na Camp Fuller gdzie wspólnie spędzimy kolejne 9tygodnii. Trochę zdezorientowana błądziłam po lotnisku, aż po chwili udało mi się ich wypatrzeć, pierwsze nasze spotkanie.. woo, wwo ‘could you repeat’? Anglicy mówią bardzo szybko, używając wielu skrótów i potocznego języka, którego raczej nie znajdziemy w książce do nauki j.ang ze szkoły..  i to było dość spore  jak dla mnie już na sam początek podróży wyzwanie  - zrozumieć co mówią, lub chociaż zrozumieć sens zdania. Po  przyjeździe na campa byłam tym przerażona, niby znasz angielski, uczysz się w szkole, potem często go używasz, a tu klops takie zderzenie z rzeczywistością.  No ale w końcu najlepsza jest nauka poprzez praktykę! ;)
Nie sądziłam, tez że już pierwszego dnia poznam nowe miejsce, a tu niespodzianka – w drodze na camp podjechaliśmy do Wal Martu! Sklep, w którym dostaniesz wszystko co tylko chcesz. Dosłownie.



Pierwsze wyzwanie na campie - Wyobraź sobie, że jesteś po całodziennej podróży  i marzysz tylko o tym aby wejść pod prysznic, jednak gdzie są wszystkie twoje rzeczy? No tak, zamknięte w walizce, do której (ja przezorna, zawsze ubezpieczona!) przyczepiłam kłódkę. Niestety nawet znając kod, kłódka okazała się nie do otwarcia. Byłam już trochę zdesperowana, ale na szczęście z pomocą przyszły Brytyjki i  wspólnie używając… monety i kabla do iphone’a , tadaam udało nam się ją otworzyć: mission completed, a do tego pierwsze lody przełamane : )

Mój dom przez kolejne 9 tygodnii - camp, na którym będę pracować to: Camp Fuller by the sea. Jest położony jak sama nazwa wskazuje nad wodą, blisko oceanu w stanie Rhode Island ( jakieś 3-4h od NY). Dlatego też skupia się on na aktywnościach wodnych, które organizowane są dla dzieciaków. Na campie znajduje się 27 stacji, w których dzieciaki mają przeróżne zajęcia. Poznałam już osoby, które będą uczyć waterskiingu, windsurfingu, żeglarstwa czy kajakarstwa – must have do spróbowania po godzinach pracy! ; ) 

No właśnie praca, czym dokładnie się tutaj zajmuje?
Jestem w najlepszej ekipie świata, a więc KITCHEN STAFF! Już od pierwszych chwil na campie bardzo się ze sobą zżyliśmy i wspólnie z Polly, Agatką, Olhą, Alie, Maćkiem, Eve, Reganem, Martinem, Ryanem, Lewisem, Charlie i Darią tworzymy super polsko-ukraińsko-brytyjsko-hiszpański zespół  #Rebels Kitchen Staff 
Dinning hall - czas na przerwę, idziemy zajadać Pancakes'y!:)

Zajmujemy się ogarnianiem wszystkiego co związane z przygotowaniem posiłków na campie, przygotowaniem dinning hall oraz pucowaniem wszystkiego, tak żeby świeciło się jak miliony monet. ( oraz podjadaniem lodów, o każdej porze dnia i nocy – chociaż tutaj to chyba ja i Maciek jesteśmy specjalistami)

Nasza szefowa to najlepsza amerykanka, jaką do tej pory spotkałam! Jest świetną, z dystansem     i  z ogromnym poczuciem humoru osobą. Cały nasz staff ma z nią bardzo dobry kontakt, cały czas nas we wszystkim wspiera, jest konkretna    i docenia za wszytko co zrobimy, chociażby najprostszą czynność. 

Już na ten moment mogę się przyznać, że nie wyczyściłam tylu talerzy i garów w moim własnym domu co do tej pory na campie.
Mamy też przyjaciela w dishwashing room, nazywa się HOBART. Czasami jest bardzo głodny i zjada nam wszystkie sztućce, musimy wtedy uważać, żeby nie miał niestrawności, bez niego nie bylibyśmy w stanie umyć ponad… 5000 naczyń w ciągu 1 dnia.  

Nasza zmywarka Hobart to prawdziwy słodziak!

 
Nasz grafik pracy mamy rozplanowany z 2tygodniowym wyprzedzeniem, są zmiany poranne i popołudniowe, a także 1 dzień wolny w tygodniu. W sumie w ostatnim tygodniu mieliśmy jakieś 3 dni wolne, co wykorzystaliśmy na maxa.
Pracujemy około 8h, w sumie im szybciej wykonamy swoją pracę tym szybciej mamy wolne, a co robimy po pracy? 

Integracja!
Przez pierwsze dni nie miałam nawet 5 min wolnego tylko dla siebie, cały czas spotykamy się z ludźmi, gramy w gry, mamy ogniska, rozmawiamy bądź leżymy nad wodą i zwyczajnie wpatrujemy się w gwiazdy. Mam wrażenie, że zaczeliśmy tutaj jakieś nowe, inne życie, zupełnie odmienne od tego w Polsce, tak jakbyśmy zostawili je daleko za sobą. #justchillin
Naszym ulubionym spędzaniem czasu wolnego stała się gra spoons, a także cards against humanisty, gdzie Brytyjczycy uczą nas swojego sloganu ;d ( po 1 turze tej gry, nie miałam pojęcia o ¾ słowek, które się tam pojawiły ;o ). Uczymy się też innych języków jak np. rosyjskiego, stworzyliśmy już nawet nowe słowo, od teraz selfiestick nie istnieje, jest tylko SELFIEPAŁKA! :)

 Zdjęcia z Camp Fuller nad naszym jeziorkiem, oczywiście wykonane selfiepałką! :) 

 
Boat house na naszym campie
Często chodzimy także do Wakefield miejscowości oddalonej około 1h pieszo od campu , jest to baza wypadowa naszych wszystkich wypraw, znajduje się tam shopping mall, przystanek autobusowy i...  najpyszniejsze lody, jakie do tej pory jadłam, Brickley's Ice Cream!


W drodze do Wakefield




Najlepsza lodziarnia w całym stanie Rhode Island
Do tego tryb wędrownika oczywiście jest już włączonyDo tej pory udało mi się odwiedzić(  z paroma przygodami)  kilka lokalnych miast, kąpać się w oceanie i zjeść najprawdziwszego amerykańskiego burgera.

Na koniec parę pierwszych szoków kulturowych, które doświadczyłam:

  • BIG SIZE - wszystko w USA jest rozmiaru BIG SIZE, oprócz... jabłek i pomarańczy! Począwszy od ludzi przez  ich samochody, a skończywszy na domach. 18latki wożą się wypasionymi jeepami, puszki z napojami są największymi jakie widziałam w życiu, a ludzie naprawdę są TACY ogromni, że mają co najmniej rozmiar XXXXXXXL. ( nie wszyscy, ale uwierzcie mi, że bardzo duża liczba społeczeństwa)
  • Amerykanie chcą czuć się wyjątkowi - pozmieniali wszystko co jest możliwe -  ciężko połapać się w totalnie zmienionych km na mile, litrach na uncje, ile to cent a ile dime. Chcesz sprawdzić pogodę na jutro, a w prognozie pokazują Ci będzie 70 stopni… a Ty musisz uważać bo to w Farenheitach!
  • Amerykanie są leniwi ( nawet w parku mają drogi dla samochodów i podjeżdżają pod same jeziora) – w sumie chyba dlatego są takich ogromnych rozmiarów, wszędzie podjeżdżają swoimi furami,
  • Żeby wsiąść z autobusu nie naciskasz przycisku, tylko ciągniesz na zawieszone w nim linki,
  • Amerykanie są bardzo otwarci i pomocni, na ulicy często ktoś Cię pozdrowi, kierowca w autobusie zapyta jak się masz, a z ekspedientką w sklepie porozmawiasz o Polsce,
  • Jest tu najwięcej smaków świata, a co najgorsze – chcesz spróbować wszystkiego bo wszystko jest dla Ciebie nowe,
  • Amerykanie uwielbiają cukier - czekoladowa muffinka? Nie wystarczy – musi być polana baaardzo słodką polewą, dopiero wtedy możesz w Ameryce zaserwować takie ciacho ;)



A jeżeli chcecie wiedzieć dlaczego przeszłyśmy z Polly 52km pieszo jednego dnia musicie przeczytać mój kolejny post :D #SeeYou 

Gdzie my jesteśmy!?






Share this:

CONVERSATION

2 komentarze: