Campowe doświadczenia
Podczas mojej rozmowy kwalifikacyjnej, dyrektor campu był bardzo zdziwiony dlaczego chcę przyjechać do USA i charować w kuchni mając skończone studia i znacznie ciekawsze perspektywy. Nasz polski kitchen team składa sie z dwóch architektów, dwóch prawników i ekonomisty. Jednak praca w kuchni na campie uczy wiele przydatnych rzeczy i jest niezłym doświadczeniem. Dlatego też gdy szefowa kuchni mnie zapytała czy warto było ciężko pracować 3 miesiące tylko dla 3 tygodni zwiedzania odpowiedzialam bez zastanowienia, że tak. Te 3 miesiące pracy to też wielka przygoda i może wiele człowieka nauczyć.
Po czasie spędzonym na campie zdecydowanie jest się przygotowanym na każde warunki mieszkaniowe...w związku z tym, że okna naszego domku nie posiadaja szyb, a jedynie moskitiery to doświadczyliśmy początkiem czerwca bardzo zimnych nocy. Wiatr od morza był bardzo silny i zimny wiec przez kilka nocy spałam w piżamie, wełnianym golfie, skarpetach, owinieta spiworem i jeszcze grubym kocem. W lipcu dla odmiany rozpływamy się z gorąca, a podczas silnych burz do domku wpada lawina błota. Przestały nas też dziwić pająki na każdym kroku, karaluchy czy biegajace w nocy po dachu wiewiórki.
Natomiat w życiu nie byłam tak szczęśliwa wchodząc do centrum handlowego jak po miesiacu spędzonym w lesie. To spotkanie z cywilizacją - bezcenne. Dlatego w supermarkecie zachowujemy się jak dzieci z dżungli wypuszczone....,,Patrz! Tam są słodycze! A tam są kosmetyki, ale czad!"
Praca w campowej kuchni uczy wiele przydanych rzeczy, od zarządzania swoim czasem po różne kulinarne triki, ale przede wszystkim uczy wytrwałości....ładowanie gorącego jedzenia dla 300 osób na przyczepę w słońcu przy 35 stopniach skutecznie podwyższa naszą wytrwałość fizyczną i buduje biceps jak nic....po co komu siłownia! Sauna tez jest niepotrzebna. No a przede wszystkim moje umiejętności prowadzenia pojazdów są wysokie jak nigdy....kto by pomyślał, że Klaudia co się boi jeździć autem po Krosnie będzie wymiatac z przyczepa!
Mieszkanie z architektem pobudzilo mnie zaś artystycznie i zaczęłam się uczyć rysować, już umiem narysować oko, usta i nos! Jeszcze tylko trzeba jakoś te elementy połączyć razem i może wyjdzie kiedyś z tego twarz....
Najważniejsze jednak dla mnie jest przebywanie ciągle wśród amerykanów i anglików i osłuchiwanie się z takim prawdziwym, angielskim bełkotem. Pracuję w kuchni z trzema amerykankami i już po miesiącu zauważyłam dużą różnicę w rozumieniu co mówią. Ich dziwaczny akcent i używanie potocznych, trudnych słów sprawia, że wcale nie jest to takie łatwe jak by się myślało. Porozumiewanie się po angielsku z niemcami, hiszpanami czy czechami wygląda zupełnie inaczej i dużo prościej. Dlatego najmocniejszą stroną pracy tutaj jest możliwość praktykowania angielskiego.
Nasz camp ma także tą pozytywna stronę, ze mamy dwa dni w tygodniu wolnego, a nie jak na innych tylko jeden. Mając plaże, morze, rowery i piękne widoki można się nawet poczuć jak na wakacjach! Oczywiście aparat poszedł w ruch i uwieczniłam przepiękne muszle jakie są tutaj na plaży....są wielkości stopy!
Po czasie spędzonym na campie zdecydowanie jest się przygotowanym na każde warunki mieszkaniowe...w związku z tym, że okna naszego domku nie posiadaja szyb, a jedynie moskitiery to doświadczyliśmy początkiem czerwca bardzo zimnych nocy. Wiatr od morza był bardzo silny i zimny wiec przez kilka nocy spałam w piżamie, wełnianym golfie, skarpetach, owinieta spiworem i jeszcze grubym kocem. W lipcu dla odmiany rozpływamy się z gorąca, a podczas silnych burz do domku wpada lawina błota. Przestały nas też dziwić pająki na każdym kroku, karaluchy czy biegajace w nocy po dachu wiewiórki.
Natomiat w życiu nie byłam tak szczęśliwa wchodząc do centrum handlowego jak po miesiacu spędzonym w lesie. To spotkanie z cywilizacją - bezcenne. Dlatego w supermarkecie zachowujemy się jak dzieci z dżungli wypuszczone....,,Patrz! Tam są słodycze! A tam są kosmetyki, ale czad!"
Praca w campowej kuchni uczy wiele przydanych rzeczy, od zarządzania swoim czasem po różne kulinarne triki, ale przede wszystkim uczy wytrwałości....ładowanie gorącego jedzenia dla 300 osób na przyczepę w słońcu przy 35 stopniach skutecznie podwyższa naszą wytrwałość fizyczną i buduje biceps jak nic....po co komu siłownia! Sauna tez jest niepotrzebna. No a przede wszystkim moje umiejętności prowadzenia pojazdów są wysokie jak nigdy....kto by pomyślał, że Klaudia co się boi jeździć autem po Krosnie będzie wymiatac z przyczepa!
Mieszkanie z architektem pobudzilo mnie zaś artystycznie i zaczęłam się uczyć rysować, już umiem narysować oko, usta i nos! Jeszcze tylko trzeba jakoś te elementy połączyć razem i może wyjdzie kiedyś z tego twarz....
Najważniejsze jednak dla mnie jest przebywanie ciągle wśród amerykanów i anglików i osłuchiwanie się z takim prawdziwym, angielskim bełkotem. Pracuję w kuchni z trzema amerykankami i już po miesiącu zauważyłam dużą różnicę w rozumieniu co mówią. Ich dziwaczny akcent i używanie potocznych, trudnych słów sprawia, że wcale nie jest to takie łatwe jak by się myślało. Porozumiewanie się po angielsku z niemcami, hiszpanami czy czechami wygląda zupełnie inaczej i dużo prościej. Dlatego najmocniejszą stroną pracy tutaj jest możliwość praktykowania angielskiego.
Nasz camp ma także tą pozytywna stronę, ze mamy dwa dni w tygodniu wolnego, a nie jak na innych tylko jeden. Mając plaże, morze, rowery i piękne widoki można się nawet poczuć jak na wakacjach! Oczywiście aparat poszedł w ruch i uwieczniłam przepiękne muszle jakie są tutaj na plaży....są wielkości stopy!










































